Tak blisko życia… Rejs na Gotlandię.

Może, trochę przewrotnie, zacznę od końca. Początek lat 80-tych, zabytkowy dworzec kolejowy w dużym mieście na skraju Świata. Z ostatniego wagonu pociągu pospiesznego relacji Północ-Południe, Wschód-Zachód, czy odwrotnie (wtedy nie miało to żadnego znaczenia), który przed paroma minutami leniwie wtoczył się na peron, wysiadł zaspany niby-student z workiem marynarskim (niby-torbą podróżną) na plecach. Rozejrzał się po okolicy. Jego wzrok zatrzymał się na namiastce sklepu spożywczego w okolicach peronu. Widać było, że na chwilę  nad jego organizmem kontrolę przejął  żołądek. Mózg najwyraźniej pozostawał w stanie wstrzymania, albo jeszcze nie ruszył pełną parą, po widocznym na twarzy właściciela, właśnie zakończonym letargu. Gdyby było inaczej, niby-student (bo jak nazwać studenta bez przydziału? – bezuczelnianiec?  – coś jak bezpaństwowiec), po uważnym rozejrzeniu się i uświadomieniu sobie gdzie jest i jakie tego mogą być konsekwencje, natychmiast wsiadłby do pierwszego pociągu i uciekł, najlepiej tam skąd przyjechał.

Stało się jednak inaczej. Wielokrotnie zadawał sobie później pytanie czemu znalazł się wtedy właśnie w tym miejscu i zawsze jedyną odpowiedzią jaką znajdował było to, że dalej pociąg już nie jechał…

Wróćmy jednak do momentu, w którym żołądek przejął zarządzanie zespołem niby-student – niby-torba podróżna i skierował go prosto do najbliższej stacji paliw – niby-sklepu spożywczego i ustawił  w kolejce do okienka niby-sklepu, za kobietą kończącą zakupy. Kobieta kupiła jabłka i odeszła na bok, po czym odezwała się do swojej chyba znajomej:
– Widzi, cosi pochmurało, bedzie chyba miąkwa.
Słysząc to niby-student trwożliwie rozejrzał się wokół, zatrzymując wzrok na nazwie miasta, widniejącej na budynku dworca. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi napis w obcym języku, ale
tak długo chyba nie jechał, a i o paszporty nie prosili… Odetchnął z wyraźną ulgą.

– Proszę  jogurt i bułkę – odważył się w końcu odezwać (mimo wszystko po polsku) niby-student.
Dalej było już łatwiej. Kolejna uczelnia – politechnika, kolejny akademik, dziekanat, podanie o przeniesienie, warunki, różnice programowe, egzaminy, zaliczenia i niby-student znowu stał się studentem. Jednak im bardziej starał się zapomnieć skąd i z jakiego powodu przybył, tym bardziej gniotły go wspomnienia i żal, że przekreślił swoje marzenia, od których realizacji był tylko krok.
Żal był uzasadniony. Ciężkie egzaminy, duża liczba kandydatów na jedno miejsce, komisje lekarskie, rejs kandydacki,  zupełnie obce środowisko, ograniczone środki finansowe – to wszystko wymagało wiele wysiłku i samozaparcia by dostać się na wymarzony wydział Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni (dzisiejsza Akademia Morska). Wysiłek nie poszedł na marne. W końcu nastąpił ten dzień – kariera wilka morskiego ze słuchawkami na uszach (radiooficera) stanęła przed nim otworem. Wystarczyło uczyć się i jakoś się utrzymać oraz nie dać się z innych powodów wyrzucić z wymarzonej uczelni. O ile pierwszy warunek okazał się, może nie tyle łatwy, co w przypadku systematycznej pracy, bardzo możliwy do spełnienia o tyle drugi… i o tym właśnie jest ta historia.

***

W całym trzypokojowym segmencie na przedostatnim  piętrze akademika „Nadir” roznosił się kuszący zapach pichconego w kuchni jedzonka. Drzwi do wszystkich pokoi były pootwierane więc zapachowy obłoczek bez przeszkód docierał do nosów wygłodniałych studentów zamieszkujących segment.
– Kosmos, długo jeszcze będziesz nas męczył? Może już gotowe?
– Gotowe, jak sama nazwa wskazuje, to będzie jak się ugotuje…
– A Kosmos nie czuje jak rymuje. To co się ugotuje to jest gotowane a nie gotowe.
– Czy ty, Komornik, musisz być zawsze taki dokładny? – postanowił wtrącić się, zwykle wytrzymujący bez komentowania kogokolwiek i czegokolwiek, Zeton.
– Jak jest ugotowane to jest gotowe, nie? A ty Kosmos dawaj to żarcie czy jest gotowe, gotowane, smażone czy surowe. Wszystko jedno, tylko już jedzmy, bo żołądek przyschnie mi do kręgosłupa.
– Musiałbyś nie jeść przez miesiąc, żeby ci przez ten wałek tłuszczu żołądek zmienił położenie o centymetr – dorzucił swoje Junior, cierpliwie dotąd znoszący głośne burczenie swojego brzucha.

– Jemy w kuchni czy w pokojach? – Kosmos uciął narastający potok wzajemnych docinków i komentarzy.
– No wreszcie!
– Jakoś zmieścimy się w kuchni, będzie cieplej, bo na tym cholernym wzgórzu huczy i wieje [1. oryginalna pisownia: „p-ź–i”] jakby morze chciało wjechać na Beniowskiego [2. ulica, na której znajdował się akademik ].
-Ty Junior nie narzekaj, zapomniałeś jak było w tym cudactwie z firanek nad samym morzem? Żeby nie spać w śniegu łóżka wyciągaliśmy na korytarz, zawsze to jedna ściana więcej, a tu tylko huczy i trochę kiwa. Na drugi rok przeniosą nas niżej i będzie jeszcze ciszej.
– Masz rację, tutaj jest zupełnie przyzwoicie, cofam narzekania ale z głodu poziom odniesienia mi się trochę  przesunął.
– Skończcie to gadanie i jedzcie zanim… Kosmos urwał w pół zdania z widelcem przy ustach. W korytarzu stał wysoki mężczyzna z lekko posiwiałą, kozią bródką, która prawie idealnie komponowała się z krawatem munduru oficera polskiej marynarki handlowej. Nikt nie słyszał jak wchodził więc zaskoczenie było wielkie.
– Przepraszam, pukałem, ale sądząc po waszych minach, chyba nikt nie słyszał. Nie wiem czy mnie poznajecie – byłem waszym opiekunem w trakcie pierwszego rejsu jednym ze statków instrumentalnych, chyba to był „Zenit”.
– Raczej „Horyzont” – pierwszy odzyskał mowę Mały, który nie brał udziału w dyskusji okołoobiadowej i właśnie wyszedł ze swego pokoju.
– Pamiętam pana, a jedynym „rzygaczem” [tak nazywany ze względu na małe rozmiary i związane z tym skutki dla załogi w czasie pływania na dużej fali], którym do tej pory pływałem  był właśnie „Horyzont”.
– To w zasadzie nie jest istotne dla celu w jakim tutaj przyszedłem, po prostu chciałem jakoś zagaić rozmowę.
– Proszę, niech pan usiądzie – zaproponował Junior tonem, jakby odwiedziny oficerów marynarki – pracowników uczelni – w pokojach studentów były czymś zupełnie naturalnym i powszechnym.

– Dziękuję, nie zajmę wam dużo czasu. Może to zabrzmi bardzo dziwnie, ale chciałem wam zaproponować, powiedzmy, dodatkową praktykę morską, oczywiście nie obligatoryjną. Organizuję rejs w okolice Gotlandii. Rzecz w tym, że obecność studentów na pokładzie w pewien sposób ułatwi jego organizację. Rejs zostanie zaliczony na konto waszej kolejnej, obowiązkowej praktyki. Czy jesteście zainteresowani?
– Zanim zapytam o łajbę, termin i inne detale, czemu właśnie do nas kieruje pan tę propozycję? – konkretny jak zwykle Komornik pierwszy podjął temat.
– Cóż, studenci wyższych roczników mają bardzo napięty plan zajęć, w tym praktyk na morzu, wy do kolejnej praktyki macie jeszcze parę miesięcy więc pomyślałem, że ci z was, dla których pływanie to nie tylko przyszły zawód, ale też pasja, mogą zechcieć popływać trochę wcześniej…
– Robi się ciekawie, a skąd pan wie, że my moglibyśmy do takich się zaliczać? – podejrzliwie przerwał oficerowi Kosmos.
– No tak, nie liczyłem na to, że wystarczy samo hasło: „płyniemy” i już. Planowany rejs jest trochę specyficzny i zaraz o nim więcej opowiem, a czemu liczyłem, że chętnych znajdę wśród was? Przeglądałem wasze kwestionariusze osobowe, pamiętam jak zachowywaliście się na rejsie kandydackim. Długo pracuję ze studentami i trochę znam się na ludziach. To mi wystarczyło, by wstępnie określić grupę zainteresowanych.
Mówiąc to, oficer trochę nerwowo potarł brodę i unikał kontaktu wzrokowego z młodymi ludźmi, do których kierował swą propozycję. Gdyby powiedział im prawdę, że bardziej niż zamiłowanie do pływania po morzu, interesuje go ich wcześniejszy udział w różnych działaniach proopozycyjnych, krytyczne nastawienie do władz PRL-u i otwartość na kolejne propozycje z tym związane, zapewne staliby się bardziej podejrzliwi, więc im tego nie wyjawił. Nie był złym człowiekiem, miał nawet wyrzuty sumienia, że nie mówi im prawdy, ale złożona wcześniej obietnica, której musiał dotrzymać za wszelką cenę, „rozmywała” mu sumienie. Nie mógł im dać za wiele czasu do namysłu, bo czas mnożyłby pytania. Potrzebował ich i jeśli nie zgodzą się tak po prostu – będzie musiał odwołać się do ich „wolnościowych” zachowań, zaproponować jakieś działanie przeciwko znienawidzonemu reżimowi komunistycznemu, powiedzieć coś, co skłoni ich do udziału w rejsie w imię wolności, solidarności, odpowiedzialności i czego tam jeszcze, coś się  wymyśli.  Ważne, że młodzi, pochodzący z różnych stron kraju, trochę jeszcze zdezorientowani nowym życiem, nawiedzeni, przesiąknięci duchem wszelkich ruchów wolnościowych, pozbawieni nadzoru bardziej trzeźwo myślących rodziców czy  starszego rodzeństwa, dadzą się zapewne łatwiej zmanipulować niż ich starsi koledzy. Muszą tylko poczuć, że nadarza się okazja do wzięcia udziału w czymś bardzo ważnym, związanym z jakąś konspiracją, że dołożą swoją cegiełkę do budowy wolnego kraju i będą mieli kiedyś o czym z dumą opowiadać. I jeśli wszystko pójdzie dobrze, to tak się stanie i nigdy nie dowiedzą się w czym tak na prawdę uczestniczyli. Teraz musiał tylko jakoś ubrać w słowa te przemyślenia i zarzucić przynętę.
– W czasie tego rejsu będę testował prototypy dwóch urządzeń i prowadził badania na potrzeby mojej habilitacji w ramach grantu naukowego i potrzebuję do pomocy młodych, zdolnych ludzi, którzy, być może, w przyszłości będą rozwijali te badania. Może już w trakcie realizacji swoich prac dyplomowych. Ważne jest, że mając was za pomocników mógłbym skupić się na pracy badawczej bo poznaliście już podstawowe zasady zachowania i bezpieczeństwa na jednostkach pływających, zostaliście zapoznani ze środkami ratunkowymi, sposobami komunikacji, technikami ewakuacji i, co również jest bardzo istotne, mam nadzieję, że pomożecie mi nie licząc na zapłatę.
Była to, najoględniej mówiąc, gówno prawda i wiedział doskonale, że ich doświadczenie morskie jest praktycznie zerowe, ale wiedział też, że słowa te przyjmą prawie jak namaszczenie na wilków morskich. A tego, że popłyną za darmo, był pewien.
– Takie są realia i wolę być od początku szcze… ry…ry – coś zazgrzytało w oficerskim sumieniu, ale szybko stłumił procesy „prawdotwórcze” i podjął temat.
– Rejs ma się odbyć za dwa tygodnie więc sprawa jest dosyć pilna. Liczę, że dacie mi odpowiedź możliwie szybko, najlepiej teraz, a najpóźniej jutro. Będę czekał w godzinach konsultacji w swoim pokoju w budynku głównym przy Czerwonych Kosynierów [dzisiejsza Morska]. Wolałbym, żebyście raczej dali znać osobiście niż dzwonili.
Kosmos z Juniorem wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Coś tu nie do końca pasowało.
– Czemu nie skorzysta pan z zaplanowanych już rejsów statków instrumentalnych i gotowych załóg tylko organizuje oddzielny, zapewne kosztowny, rejs? – Kosmos zdobył się na zadanie nurtującego go od dłuższej chwili pytania.
– Miałem nadzieję, że o więcej nie zapytacie. Nie wiem czy mogę wam do końca ufać, powiedzmy, że jest jeszcze jeden cel tego rejsu. O szczegółach dowiecie się, jeśli wyrazicie pisemną zgodę na udział w rejsie. Teraz mogę powiedzieć tylko, że oficjalnie ten dodatkowy cel nie istnieje. Niech to, co za chwilę powiem,  zostanie tylko do waszej wiadomości, proszę nie mówcie o tym nikomu.
Po takim wstępie prawie wszystkim słuchającym z wrażenia wystąpiły wypieki na policzkach. Oto nadchodzi tajemnica i z pewnością związana z nią wielka przygoda. W dodatku jakimś nieistotnym teraz sposobem to oni właśnie zostali wybrani do jej poznania.

Po wyjściu oficera przez dłuższy czas trwała cisza. Wszyscy siedzieli nad zimnym już jedzeniem i każdy po swojemu analizował to co się wydarzyło. Gdy emocje trochę opadły, zaczęły wracać wątpliwości.
– Co o tym myślicie ? – pierwszy odezwał się Junior – bo mi nie do końca to wszystko pasuje.
– Nie wiem co nie pasuje tobie, ale ja ciągle nie jestem pewien, czy ten kit o wyborze akurat nas jest coś wart – podjął dyskusję Kosmos.
– Też mi to wydaje się dziwne, ale bardziej zastanawia mnie czy ktoś nie robi tu jakiejś „podpuchy”.
– Niby jakiej ? – Mały tradycyjnie stanął w opozycji do ogarniętych wątpliwościami – moim zdaniem facet wygląda na uczciwego i dużo ryzykował mówiąc nam o drugim celu tej wyprawy. Moglibyśmy teraz zadenuncjować gościa i pewnie miałby duży problem.
– A nie przyszło ci do głowy, że to może jest test, któremu poddani jesteśmy my ? – podjął temat Komornik.
– Jeśli nie zgłosimy nikomu, to nas mają! Tylko kto i po co miałby robić takie prowokacje wśród studentów, którzy dopiero, można powiedzieć, oswajają się z uczelnią i nowym miejscem zamieszkania? I czemu to nasz segment został wybrany, przecież nie wszyscy z nas byli razem na rejsie,  Olo i Rechot „kandydatkę” mieli na „Darze” – nie ustępował Kosmos. Olo, który do tej pory zdążył już zjeść dokładkę, poczuł się wywołany, więc włączył się do dyskusji:
– A ja uważam, że facio zrobił sobie z nas jaja, zobaczył, że się zastanawiamy, a chciał mieć szybko załatwionych ludków do roboty za darmochę i ad hoc wymyślił bajkę o tej nielegalnej „wymianie” bo wyczuł, że damy się na to złowić. A tak w ogóle to skąd wiecie czy nie obszedł już całego piętra?
Wszyscy, porażeni logiką Ola, zaniemówili. On sam z kolei wrócił do wylizywania resztek z talerza. Gdyby choć trochę przeczuwał, jak blisko był prawdy mówiąc o tym, że dali się  złapać i jak daleko, myśląc, że bajka jest bajką… zapewne ten tekst nigdy by nie powstał.

– Nie wiem jak wy, ale ja mam na dzisiaj dość wrażeń. Proponuję przespać się z tym tematem i rano każdy zadecyduje za siebie.

Propozycja Juniora spotkała się z powszechną aprobatą. Odłożona została nie tylko decyzja o udziale w rejsie, ale też góra naczyń do zmywania. Po prawie godzinnym ruchu w łazience, we wszystkich trzech pokojach segmentu rozległy się miarowe odgłosy pochrapywania. Tylko Kosmos, jak zwykle mający trudności z zaśnięciem, oczyma wyobraźni widział już białe grzywy fal rozcinanych przez dziób jachtu czy kutra, tego nie wiedział, a w ustach prawie czuł słony smak kropelek wody niesionej przez wiatr po każdorazowym rozbryzgu spowodowanym nurkowaniem dziobu w dolinę fali.

***

Po dwunastu dniach od opisanego zdarzenia Junior, Kosmos, Komornik, Mały, Zeton i Olo stanęli przy nabrzeżu Molo Południowego w Gdyni, tuż za cumującym „Darem Pomorza”. Zabrakło tylko Rechota, który w ważnej sprawie musiał udać się do rodzinnego miasta. Na zbudowanej w latach 60 -tych pasażerskiej „Halce” uruchomiono już silnik i miarowy pomruk diesla zagłuszał odgłosy miasta. Przygoda młodych „wilków morskich” miała rozpocząć się na dobre dopiero po dopłynięciu „Halką” do Helu. Tam czekał na nich obiekt ich wyobrażeń, którym w snach płynęli już od prawie dwóch tygodni. Gdy wypłynęli, resztki promieni słonecznych muskały czerwienią chmury i Zatokę Gdańską spowił półmrok. Od prawej strony molo, gdzie znajduje się marina (basen jachtowy), dochodził metaliczny dźwięk  – symfonia masztów, want i relingów cumujących tam jachtów, która wtedy jeszcze brzmiała radośnie…

Za falochronem, pomimo coraz bardziej gęstniejącego mroku, patrząc na północ dostrzegli, a może tylko wyobrażali sobie, że widzą, zalesione wzgórza Oksywia, na wprost Półwysep Helski swe istnienie zaznaczał mdłym światłem latarni morskich w Jastarni i Helu. Kosmos doznawał dziwnego uczucia, takiego drżenia serca, kiedy radość z powodu rozpoczynającej się przygody hamowało jakieś dziwne wrażenie smutku, który ogarniał go coraz bardziej. Może to tylko lęk przed nieznanym, a może dlatego, że pierwszy raz wypływali o zmroku? Zapomniał o smutku i lękach gdy tylko dotarli na miejsce.

***

Obiekt westchnień „sześciu wspaniałych” – „Polar Breeze” – okazał się starym kutrem rybackim o zasadniczo drewnianej konstrukcji. Zbudowany w 1950 r., został trochę przebudowany w latach 70-tych – nabite drewniane planki na wręgach przykryto pasem laminatu, idącym od wysokości około 1 m nad stępką do pokładu głównego. Po raz kolejny wygląd kutra zmienił się dwa lata przed tytułowym rejsem, kiedy jednostkę wycofano z połowów i przystosowano do  rejsów szkoleniowych i czarterowych, zwiększając kosztem ładowni, ilość miejsc dla załogi. Długi na ok. 17 m i szeroki na ok. 6 m, o wysokości bocznej prawie 3 m i zanurzeniu ok. 2 m, wyposażony w silnik spalinowy firmy Scania o mocy ok. 200 kW, kuter, miał na najbliższe dni stać się dla studentów źródłem przeżyć, niezapomnianej przygody i miejscem materializacji niemal dziejowej tajemnicy.

– Panowie! – głos kapitana zabrzmiał tak, jak można było się spodziewać – chrapliwy, ale twardy, nawykły do wydawania rozkazów, nie znoszący sprzeciwu. Jednym słowem głos starego szypra, który brzmiał zawsze tak jakby fajka w jego zębach była integralna częścią jego ciała i nawet gdy jej ustnik nie siedział między jego zębami, słychać było jakby tam stale był.
– Kuter otrzymał kartę bezpieczeństwa, dopuszczającą go  do uprawiania żeglugi międzynarodowej, ograniczonej do Morza Bałtyckiego, przy stanie morza nie przekraczającym 4 ?  i sile wiatru do 6 ? B. Jeśli będzie wiało mocniej, to nie zostanie nam nic innego jak uwierzyć, że „stary dziadek” wytrzyma i to.
„Polar Breeze” posiada typowe środki ratunkowe: dwie tratwy pneumatyczne, każda dla 6 osób, 12 korkowych pasów ratunkowych i cztery koła ratunkowe.
Kapitan przydzielił członkom załogi indywidualne środki ratunkowe i omówił warunki bezpieczeństwa, w tym zachowanie się podczas poszczególnych alarmów.
– Zanim zajmiecie swoje barłogi, szumnie przez niektórych zwane kojami, poznajcie resztę załogi.
Gest towarzyszący ostatniemu zdaniu zdawał się mówić, że niewolnicy studenci mieszkać będą w ładowni i z oczami na poziomie pokładu spoglądać będą na świtę kapitana w osobach pierwszego i drugiego oficera, organizatora rejsu – wykładowcy WSM i…
– Ta łysa pała wylegująca się na luku, to nasz bosman Jaaasiu – wasza gwarancja powrotu do tego miejsca, skąd zaraz wypłyniemy, w stanie w 100% odmiennym od tego w jakim się teraz znajdujecie, ha ha ha.
Po tym wstępie kapitan powierzył funkcje wszystkim członkom załogi i ustalił wachty. Przed wyjściem w rejs nowa załoga kutra sprawdziła silnik, urządzenia, przyrządy i pomoce nawigacyjne, środki bezpieczeństwa, instalacje oraz stan kadłuba i pokładu. Przy okazji kapitan zakazał studentom zaglądania do siłowni bez wiedzy i obecności kogokolwiek z „prawdziwej”  załogi, argumentując go tym, że złożone zostały tam drogie i delikatne elementy systemu, który miał badać w trakcie rejsu wykładowca WSM. W trakcie inspekcji okazało się, że namiernik optyczny jest lekko skrzywiony. Przed wyjściem kutra w poprzedni rejs kapitan osobiście sporządził tabelę dewiacji, więc z uwagi na późną porę, darował sobie sprawdzanie dewiacji kompasów.
Wreszcie nastąpił tak długo oczekiwany moment. Kuter podszedł do mola odpraw Bosmanatu Portu w Helu celem wyjścia w rejs w okolice południowego wybrzeża wyspy Gotland. Odprawiający kuter bosman portu, poinformował kapitana „Polar Breeze” o komunikacie Urzędu Morskiego o możliwym silnym sztormie na morzu i w strefie brzegowej. Z sobie tylko znanego powodu, kapitan, jak i nie odstępujący go na krok, organizator, nie tylko nie zmartwili się tą prognozą, lecz wyraźnie byli z niej zadowoleni.

 

Wreszcie ok. godz. 22, „Polar Breeze” ruszył kursem 060° zostawiając Hel po lewej burcie. W odległości kilku Mm od dobrze widocznej latarni Hel, kapitan sprawdził działanie echosondy i logu, nie stwierdzając nieprawidłowości. Po około godzinie zmienił kurs na 360° i przekazał prowadzenie jachtu II oficerowi, to znaczy zgodnie z podziałem wacht miał przekazać II, ale ster przejął I oficer. W całym tym pełnym podniecenia zamieszaniu, nikt ze studentów nie zwrócił uwagi, że „drugi” gdzieś się zawieruszył i od momentu prezentacji na nabrzeżu nikt go więcej nie widział. Ba, nikt z nich nie potrafiłby go nawet rozpoznać, jako, że kapitan przedstawiał go stojącego w półmroku.
Pomimo tego, że tylko dwóch studentów miało aktualnie wachtę, cała szóstka przebywała w sterówce lub tuż obok. Pełni wrażeń nie mogli nawet myśleć o spaniu i chłonęli każdą minutę rejsu, próbując jednocześnie uzasadniać, na wszelkie możliwe sposoby, swoją obecność. Ok. godz. 01:00 I oficer odebrał prognozę pogody z Gdyni – widzialność umiarkowana, wiatr SW 4-5°B, po czym, przykładając ekierkę do uszkodzonego namiernika optycznego, wykonał namiary na latarnie w Helu i Jastarni. W końcu chłopców zmorzył sen i ci, którzy nie mieli wachty, ociągając się, udali się na spoczynek.

Rano wiatr się wzmógł, stan morza osiągnął 3-4 stopnie. Rozkołysane morze w końcu spowodowało chorobę morską u części załogi. Poza bosmanem i kapitanem, pozostali w mniejszym lub większym stopniu zaczęli odczuwać dolegliwości, które dla kilku młodych „wilków morskich” skończyły się „daniną” dla Neptuna. Śniadanie tknęli tylko nieliczni. Widząc jakie cierpienia przeżywali, kapitan wspaniałomyślnie zrezygnował z przeprowadzenia alarmów ćwiczebnych. „Polar Breeze” utrzymywał stałą prędkość ok. 9 węzłów i stale poruszał się kursem 360°. Kapitan sprawdzał tylko czy na zakończenie każdej z wacht, wpisywano do dziennika pokładowego pozycję zliczoną. Z powodu kiepskiej kondycji i sensacji żołądkowych, żaden ze studentów nie interesował się tematem badań i testów organizatora rejsu, a on sam pojawiał się raz na parę godzin, albo w sterówce, albo w kubryku, po czym znowu znikał, nie angażując się zupełnie w czynności związane z obsługą kutra.

 

c.d.n.

14 thoughts on “Tak blisko życia… Rejs na Gotlandię.

  1. Kosmos, (chyba mogę w związku z tematem użyć Twojej dawnej ksywki?) jestem z Ciebie dumny! Naprawdę zacząłeś. I od razu z grubej rury – postanowiłeś rozliczyć się z przeszłością? Z tą historią? Ty, który szedłeś w zaparte, że to jest tylko nasze, niczyje więcej, postanowiłeś wreszcie wyrzucić to z siebie publicznie? Mogę tylko powiedzieć, że cieszę się niezmiernie, chociaż wiem, że będziesz się z tym męczył. Jakby co, to będę cię wspierał w przekonywaniu (jeśli będzie taka potrzeba) Pani K. Mam nadzieję, że wrzucisz tu więcej tego co poszło do szuflady przez te wszystkie lata. Obiecaj mi to! Kiedy blog będzie dostepny dla wszystkich?

  2. Komornik jak zwykle niezawodny, ledwie skleciłem parę zdań a Ty już wiesz…
    Blog udostępnię jak tylko popełnię przynajmniej jeden tekst do końca. Chociaż, znając siebie, to żaden nie będzie nigdy dokończony, więc rozważę następujące opcje:
    jutro, za tydzień, za miesiąc, za… – jedna z opcji zapewne jest prawdziwa, zgadnij która.

  3. Haker ze mnie żaden ale jeśli sam się nie zdecydujesz to zrobię mirror (tak to się nazywa?) na innym serwerze, choćbym miał ręcznie przepisywać.

  4. Skoro tak Ci na tym zależy (doprawdy nie pojmuję tego w żaden sposób) to zostań moim wydawcą, a blog nie będzie potrzebny.

  5. I tu mnie masz! Żony nie mam a łajby nie sprzedam! Mogę zbierać na dworcu. Jak uzbieram na okładkę to dam Ci znać :-).

  6. Hej! Czemu do licha nikt mi nie powiedział, że Kosmos zaczął pisać historię na nowo? Panowie, jak ma być jakaś rozpierducha, to nie beze mnie!!! Kiedy będziemy oblewać tak oczekiwaną okazję?

  7. Bo się nie pytałeś, a tak po prawdzie, to nasz szanowny kolega dopiero zaczął. Pisze dwa zdania na miesiąc, więc oblewać będziemy w przyszłym roku. Rozpierduchy nie będzie, bo się przedawniło i zdecyduj się: maca czy zeton?

  8. Ha! wyedytowałem konto (maca/zeton) i cóż przy okazji zobaczyłem? Może Kosmos marudzi z tym tekstem ale po zalogowaniu widać, że pisze jeszcze trzy inne. Kiedy panie DżejEs dasz nam poczytać zalążki Dornier… i Księstwo… bo tytuły brzmią obiecująco?

  9. Cholera, źle ustawiłem uprawnienia. Za dużo widać po zalogowaniu. Już poprawiam. Ludzie! Ja dopiero próbuję swoich sił po baaaaardzo długiej przerwie. I ten ciągły brak czasu… za dużo innych zajęć. A oblewać możemy cokolwiek, choćby zmianę czasu na zimowy i choćby jutro tylko jak? Każdy przed swoim lustrem? Zanim wszyscy się zjedziemy w jedno miejsce to „woda rozmowna” wywietrzeje.

  10. Ileż w tobie optymizmu dzisiaj! Jakiś kac, czy co? Czemu jescze nie zamieściłeś w zakładce „o mnie”, znaczy o tobie, mojego komenta na swój temat, czekam już 2 miesiące! Coś ci się w nim nie podoba?

  11. Słuchaj! Bo się obrażę. Domagam się publikacji moich słów na twój temat, draniu, i to w nie zmienionej formie…

Dodaj komentarz