Może, trochę przewrotnie, zacznę od końca. Początek lat 80-tych, zabytkowy dworzec kolejowy w dużym mieście na skraju Świata. Z ostatniego wagonu pociągu pospiesznego relacji Północ-Południe, Wschód-Zachód, czy odwrotnie (wtedy nie miało to żadnego znaczenia), który przed paroma minutami leniwie wtoczył się na peron, wysiadł zaspany niby-student z workiem marynarskim (niby-torbą podróżną) na plecach. Rozejrzał się po okolicy. Jego wzrok zatrzymał się na namiastce sklepu spożywczego w okolicach peronu. Widać było, że na chwilę nad jego organizmem kontrolę przejął żołądek. Mózg najwyraźniej pozostawał w stanie wstrzymania, albo jeszcze nie ruszył pełną parą, po widocznym na twarzy właściciela, właśnie zakończonym letargu. Gdyby było inaczej, niby-student (bo jak nazwać studenta bez przydziału? – bezuczelnianiec? – coś jak bezpaństwowiec), po uważnym rozejrzeniu się i uświadomieniu sobie gdzie jest i jakie tego mogą być konsekwencje, natychmiast wsiadłby do pierwszego pociągu i uciekł, najlepiej tam skąd przyjechał.
Stało się jednak inaczej. Wielokrotnie zadawał sobie później pytanie czemu znalazł się wtedy właśnie w tym miejscu i zawsze jedyną odpowiedzią jaką znajdował było to, że dalej pociąg już nie jechał…






